Fundacja ormiańska KZKO
Aktualności
  • Dodano: 2016-11-25

     

    Fundacja Instytut Prawa Wschodniego im. Gabriela Szerszeniewicza serdecznie zaprasza na spotkanie z Ambasadorem Nadzwyczajnym i Pełnomocnym Republiki Armenii w Polsce p. Edgarem Ghazaryanem.
    W czasie spotkania zostaną poruszona kwestie uwarunkowań i roli Republiki Armenii w Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, a także relacji polsko-armeńskich.
    Spotkanie odbędzie się na Wydziale Prawa i Adaministracji Uniwersytetu Warszawskiego przy ulicy Lipowej 4 w sali 1.4 o godz. 20:00. 
    Osoby zainteresowane uczestnictwem w spotkaniu prosimy o wysłanie wiadomości potwierdzającej swoje przybycie na adres: kontakt@ipw.com.pl
    Pomoc w organizacji spotkania zapewnia Koło Naukowe Prawa i Ustroju Państw Wschodnich oraz Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

    Fundacja Instytut Prawa Wschodniego im. Gabriela Szerszeniewicza serdecznie zaprasza na spotkanie z Ambasadorem Nadzwyczajnym i Pełnomocnym Republiki Armenii w Polsce p. Edgarem Ghazaryanem. W czasie spotkania zostaną poruszone kwestie uwarunkowań i roli Republiki Armenii w Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, a także relacji polsko-armeńskich.

    Spotkanie odbędzie się 8 grudnia 2016r. na Wydziale Prawa i Adaministracji Uniwersytetu Warszawskiego przy ulicy Lipowej 4 w sali 1.4 o godz. 20:00. 

    Osoby zainteresowane uczestnictwem w spotkaniu prosimy o wysłanie wiadomości potwierdzającej swoje przybycie na adres: kontakt@ipw.com.pl Pomoc w organizacji spotkania zapewnia Koło Naukowe Prawa i Ustroju Państw Wschodnich oraz Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

  • Dodano: 2016-11-13

     

    *Tosia nad Czeremoszem*
    Pani Tosiu, proszę opowiedzieć. I Pani Tosia opowiadała nam jak to w Kutach było. W tej ostatniej polskiej miejscowości na dawnej granicy z Rumunią. W Kutach, nazywanych stolicą polskich Ormian. I ona, Antonina Łazarowicz, też pochodziła z rodziny ormiańskiej.
    Kiedy nastąpił koniec tamtego świata Tosia Łazarowicz była małą dziewczynką. Ale pamiętała sporo rzeczy z innego życia i z czasów "granicznych". Nic jeszcze nie wiedziała o polityce, kiedy prezydent Mościcki, premier Składkowski, marszałek Rydz i tylu innych przekraczało most na Czeremoszu. Nie wiedziała o Niemcach, ani o Sowietach. 
    Kilka dni potem, kiedy rozległy się strzały i krzyki od strony kościoła ormiańskiego, pobiegła tam z innymi dziećmi. Zastrzelony polski żołnierz leżał na naczepie ciężarówki, krew rozlewała się tworząc plamę na mundurze i płóciennych workach z chlebem na które się osunął. Tadeusz Dołęga-Mostowicz wiózł chleb dla żołnierzy z piekarni położonej między kościołami polskim i ormiańskim. Strzelali sowieccy żołnierze. Tosia nie wiedziała kim jest Dołęga. I o Znachorze czy profesorze Wilczurze też jeszcze nie słyszała. Ale zapamiętała, kto robił trumnę dla pisarza, który wraz z całym krajem odszedł na drugi brzeg.
    Potem było tylko gorzej. A piekło nastało kiedy po zwykłych Ormian czy Polaków przyszli ich ukraińscy sąsiedzi. Kiedyś poszłyśmy w kierunku Starych Kut i pani Tosia pokazała mi, gdzie stał dom doktor Buzathowej. Zamordowano ją wraz z dziećmi. Ukraińska służąca błagała, aby oddano jej chociaż dzieci. Ale nikt jej nie słuchał. To chyba z jej relacji wiadomo było, że doktor była przygotowana na tę podróż – spokojnie powtarzała: „dzieci, idziemy do tatusia”. 
    Opowieści pani Tosi były nie tylko tragiczne, choć tych o końcu świata było najwięcej. Strasznie chciała, żeby ktoś oprócz niej pamiętał i mówił. Ale nikogo już prawie w Kutach nie było. W kilku domach do których mnie zabierała były same schorowane i stareńkie panie. I wtedy okazało się, że Tosia w Kutach jest ostatnia. 
    Niczego nie potrzebowała, to co dostawała w prezencie od razu oddawała rodzinie. I Karty Polaka też nie chciała, bo całe życie była Polką bez jakiejś karty.
    Dolegały jej różne choroby, ale kiedy czuła się lepiej prowadziła gości na spacer po Kutach. Opowiadała, gdzie kto mieszkał, i o studni przy której straszyło, i historię świąteczną z duchami z kościoła („ale o tym lepiej byś nie mówiła, bo trochę wstyd rozpowiadać takie opowieści”). I śpiewała, bo dużo pieśni pamiętała. Z Tosią można było iść do takiego domu w Kutach (znowu ostatniego), gdzie jej koleżanka, choć nie była Ormianką, ale Ukrainką robiła chorut na gandżabur. Małe chorutowe stożki przygotowane z mielonej natki pietruszki i zsiadłego mleka, ulepione z mielonej masy. Należało je wysuszyć i zetrzeć do ormiańskiego rosołu (gandżaburu). Chorut („daj więcej, - mówi do sąsiadki Tosia, – nie żałuj”) wiozłam potem troskliwie dalej, żeby przekazać jak skarb tym, których rodziny też kiedyś w Kutach mieszkały…
    Do pani Tosi zdarzało mi się przyprowadzić autokar ludzi, żeby opowiedziała o Kutach, których nie ma. Cały autokar ludzi mógł pomieścić jej mały domek, a ona chciała nas wszystkich ugościć, bo miała dużo orzechów z jesieni. Do Pani Tosi chodziło się z Martą i Niną. Potem zaprowadziłam tam Michała, który nie wiadomo dlaczego właśnie wczoraj wspominał panią Tosię i ormiańską kolędę, którą mu śpiewała. 
    A dzisiaj na stronie Fundacji Ormiańskiej jest informacja, że pani Tosia nie żyje. To znaczy, że kolejny świat się skończył. Cały kucki świat. Tosia zmarła, a Kuty będą już tylko zapyziałą mieściną z górą Owidiusza,zniszczonymi willami, pamiątkami po Ormianach, ogromnym kirkutem i resztką mostu. 
    I nikt już nie opowie jak było w gospodzie ormiańskiej przed wojną 1939… tekst:Beata Kost 

    *Tosia nad Czeremoszem*

    Pani Tosiu, proszę opowiedzieć. I Pani Tosia opowiadała nam jak to w Kutach było. W tej ostatniej polskiej miejscowości na dawnej granicy z Rumunią. W Kutach, nazywanych stolicą polskich Ormian. I ona, Antonina Łazarowicz, też pochodziła z rodziny ormiańskiej.

    Kiedy nastąpił koniec tamtego świata Tosia Łazarowicz była małą dziewczynką. Ale pamiętała sporo rzeczy z innego życia i z czasów "granicznych". Nic jeszcze nie wiedziała o polityce, kiedy prezydent Mościcki, premier Składkowski, marszałek Rydz i tylu innych przekraczało most na Czeremoszu. Nie wiedziała o Niemcach, ani o Sowietach. 

    Kilka dni potem, kiedy rozległy się strzały i krzyki od strony kościoła ormiańskiego, pobiegła tam z innymi dziećmi. Zastrzelony polski żołnierz leżał na naczepie ciężarówki, krew rozlewała się tworząc plamę na mundurze i płóciennych workach z chlebem na które się osunął. Tadeusz Dołęga-Mostowicz wiózł chleb dla żołnierzy z piekarni położonej między kościołami polskim i ormiańskim. Strzelali sowieccy żołnierze. Tosia nie wiedziała kim jest Dołęga. I o Znachorze czy profesorze Wilczurze też jeszcze nie słyszała. Ale zapamiętała, kto robił trumnę dla pisarza, który wraz z całym krajem odszedł na drugi brzeg.

    Potem było tylko gorzej. A piekło nastało kiedy po zwykłych Ormian czy Polaków przyszli ich ukraińscy sąsiedzi. Kiedyś poszłyśmy w kierunku Starych Kut i pani Tosia pokazała mi, gdzie stał dom doktor Buzathowej. Zamordowano ją wraz z dziećmi. Ukraińska służąca błagała, aby oddano jej chociaż dzieci. Ale nikt jej nie słuchał. To chyba z jej relacji wiadomo było, że doktor była przygotowana na tę podróż – spokojnie powtarzała: „dzieci, idziemy do tatusia”. 

    Opowieści pani Tosi były nie tylko tragiczne, choć tych o końcu świata było najwięcej. Strasznie chciała, żeby ktoś oprócz niej pamiętał i mówił. Ale nikogo już prawie w Kutach nie było. W kilku domach do których mnie zabierała były same schorowane i stareńkie panie. I wtedy okazało się, że Tosia w Kutach jest ostatnia. 

    Niczego nie potrzebowała, to co dostawała w prezencie od razu oddawała rodzinie. I Karty Polaka też nie chciała, bo całe życie była Polką bez jakiejś karty.

    Dolegały jej różne choroby, ale kiedy czuła się lepiej prowadziła gości na spacer po Kutach. Opowiadała, gdzie kto mieszkał, i o studni przy której straszyło, i historię świąteczną z duchami z kościoła („ale o tym lepiej byś nie mówiła, bo trochę wstyd rozpowiadać takie opowieści”). I śpiewała, bo dużo pieśni pamiętała. Z Tosią można było iść do takiego domu w Kutach (znowu ostatniego), gdzie jej koleżanka, choć nie była Ormianką, ale Ukrainką robiła chorut na gandżabur. Małe chorutowe stożki przygotowane z mielonej natki pietruszki i zsiadłego mleka, ulepione z mielonej masy. Należało je wysuszyć i zetrzeć do ormiańskiego rosołu (gandżaburu). Chorut („daj więcej, - mówi do sąsiadki Tosia, – nie żałuj”) wiozłam potem troskliwie dalej, żeby przekazać jak skarb tym, których rodziny też kiedyś w Kutach mieszkały…

    Do pani Tosi zdarzało mi się przyprowadzić autokar ludzi, żeby opowiedziała o Kutach, których nie ma. Cały autokar ludzi mógł pomieścić jej mały domek, a ona chciała nas wszystkich ugościć, bo miała dużo orzechów z jesieni. Do Pani Tosi chodziło się z Martą i Niną. Potem zaprowadziłam tam Michała, który nie wiadomo dlaczego właśnie wczoraj wspominał panią Tosię i ormiańską kolędę, którą mu śpiewała. 

    A dzisiaj na stronie Fundacji Ormiańskiej jest informacja, że pani Tosia nie żyje. To znaczy, że kolejny świat się skończył. Cały kucki świat. Tosia zmarła, a Kuty będą już tylko zapyziałą mieściną z górą Owidiusza,zniszczonymi willami, pamiątkami po Ormianach, ogromnym kirkutem i resztką mostu. 

    I nikt już nie opowie jak było w gospodzie ormiańskiej przed wojną 1939…

    tekst:Beata Kost 

     

  • Dodano: 2016-11-07

     

    16.11.2016 o godz. 19:00 w Centrum Promocji Kultury (ul. Podskarbińska 2) w Warszawie odbędzie się wernisaż wystawy pt. ORMIAŃSKO POLSKA NATURA. Jest to wystawa Barbary Bieleckiej–Woźniczko(córki Ormianki z Krymu) / Helen Arut(pochodzi z Armenii, urodzona w Giumri) / Anny Muradyan(pochodzi z Armenii),
    obejmująca malarstwo/jedwab/witraż/ceramikę.Wystawa będzie czynna do 30.11.2016.

    16.11.2016 o godz. 19:00 w Centrum Promocji Kultury (ul. Podskarbińska 2) w Warszawie odbędzie się wernisaż wystawy pt. ORMIAŃSKO POLSKA NATURA. Jest to wystawa Barbary Bieleckiej–Woźniczko(córki Ormianki z Krymu) / Helen Arut(pochodzi z Armenii, urodzona w Giumri) / Anny Muradyan(pochodzi z Armenii) obejmująca malarstwo/jedwab/witraż/ceramikę.Wystawa będzie czynna do 30.11.2016.

    Zapraszamy w imieniu organizatorów. 

  • Dodano: 2016-11-05

    Fundacja Armenian Foundation zaprasza 21.11.2016 o godz. 18:00 na spotkanie z p. Krzystzofem Cieślikiem - tłumaczem książki "Listy pachnące tymiankiem" - w poszukiwaniu śladów rodzinnej historii. Książki niezwykłej, brytyjskiej pisarki cypryjskiego pochodzenia - Eve Makis, książki pełnej wzruszeń i tak bardzo prawdziwej w opowieści o ormiańskich losach.

    SPOTKANIE odbędzie się w Mazowieckim Instytucie Kultury w Warszawie ul. Elektoralna 12.

    ZAPRASZAMY 

     

     

     

  • Dodano: 2016-10-30

    Wspomnijmy Jadwigę Zarugiewiczową w rocznicę odsłonięcia Grobu Nieznanego Żolnierza w Warszawie. 
    Spotkajmy się 2 listopada o godz. 18:00 pod tablicą upamiętniającą Jadwigę Zarugiewiczową i jej syna Konstantego Zarugiewicza i zapalmy symboliczne światełko pamięci.
    Jadwiga Zarugiewiczowa urodzona, w Kutach, w rodzinie polskich Ormian była znaną lwowską działaczką społeczną i charytatywną. Jej syn Konstanty, student Politechniki Lwowskiej uczestniczył, w obronie Lwowa, w listopadzie 1918 roku. Poległ w bitwie z bolszewikami pod Zadwórzem, w 1920 roku, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Odznaczony został pośmiertnie krzyżem Virtuti Militari.
    Jadwigę Zarugiewiczową wybrano spośród lwowskich matek, które utraciły synów, w walce za Ojczyznę, symboliczną Matką Nieznanego Żołnierza. Wskazała w 1925 roku na cmentarzu lwowskim, jedną z trzech bezimiennych trumien, która została złożona w Grobie Nieznanego Żołnierza, w Warszawie.

    Wspomnijmy Jadwigę Zarugiewiczową w rocznicę odsłonięcia Grobu Nieznanego Żolnierza w Warszawie. 

    Spotkajmy się 2 listopada o godz. 18:00 pod tablicą upamiętniającą Jadwigę Zarugiewiczową i jej syna Konstantego Zarugiewicza i zapalmy symboliczne światełko pamięci.

    Jadwiga Zarugiewiczowa urodzona, w Kutach, w rodzinie polskich Ormian była znaną lwowską działaczką społeczną i charytatywną. Jej syn Konstanty, student Politechniki Lwowskiej uczestniczył, w obronie Lwowa, w listopadzie 1918 roku. Poległ w bitwie z bolszewikami pod Zadwórzem, w 1920 roku, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Odznaczony został pośmiertnie krzyżem Virtuti Militari.

    Jadwigę Zarugiewiczową wybrano spośród lwowskich matek, które utraciły synów, w walce za Ojczyznę, symboliczną Matką Nieznanego Żołnierza. Wskazała w 1925 roku na cmentarzu lwowskim, jedną z trzech bezimiennych trumien, która została złożona w Grobie Nieznanego Żołnierza, w Warszawie.

sponsorzy i partnerzy:
Materiały publikowane na stronie są własnością Fundacji Armenian Foundation
Kopiowanie bez zgody Fundacji jest zabronione.